PostHeaderIcon Wywiad o seksualności z Esterą dla Taraki

"Tantra polska"estera_anjelina2

Z cyklu wywiadów Taraki z uczestnikami warsztatów i praktykami tantry

Pyta Wojciech Jóźwiak, odpowiada Estera Saraswati, grudzień 2010

WJ: Teraz, gdy to piszę, w Tarace są do przeczytania dwa pierwsze wywiady z cyklu "Tantra polska". Obie osoby mówią o swoich doświadczeniach z entuzjazmem i ekscytacją, ale jednak to o czym piszą, jest grzeczne. Tantra (którą poznali) to są ćwiczenia oddechowe, relaksacyjne i służące akceptacji swojego ciała. Nic "strasznego" się dzieje, a jeśli ktoś chce się z kimś kochać, to ze swoim mężem lub żoną. Taka tantra uzdrawia małżeństwa, sprawia, że partnerzy zakochują się w sobie na nowo. Obraz warsztatów, jaki malują autorzy wywiadów, jest pełen elegancji i poprawności. Tantra, jaka się z tego rysuje, to taka rozwojowo-terepeutyczna galanteria. Czy Twoje doświadczenie potwierdza ten obraz?

 

- Trafiłeś do właściwej osoby z tym pytaniem! Miałam podobne wrażenie. Ale mnie to nie dziwi. Trochę taki mam właśnie obraz tantry w Polsce. Zapewne prowadzący jednak oferują więcej i głębiej... może na bardziej zaawansowanych formacjach. Co ciekawe moje poznawanie tantry przyszło z wewnątrz i nie wiedziałam nawet, że to się tak nazywa. Generalnie nie używam tej etykiety, bo jest często rozumiana inaczej, niż to co mam na myśli. Dla mnie to przede wszystkim droga rytualna i mistyczno-cielesna. Ścieżka wtajemniczenia. Stosowanie tantry do terapii jest poza moją uwagą. W środowisku, w którym się obracam, tantra jest często określana jako seksualny szamanizm, tzn. wykorzystujący potężną energię życiową do transformacji, podróży między światami, wejścia w odmienne stany świadomości, wizji oraz zdobywania i przynoszenia stamtąd wiedzy i mocy dla siebie i swojej społeczności. Tantra ma swój nieodłączny aspekt wchodzenia w ekstatyczne stany, jednakże poprzez ciało. Nauka zmysłowości, przyjemności i krążenia swoich soków po organizmie. Wchodzenia w kontakt z Absolutem czy Źródłem Stworzenia poprzez ciało, zawierania tego doświadczenia w ciele i nauka czerpania z niego na co dzień. Dla mnie to droga do wolności poprzez uznanie swojej ludzkiej seksualnej natury i całej soczystości, jakiej ze sobą niesie.

Moje doświadczenia w tym zakresie to oprócz wglądów, podróży szamańskich i introspekcji, cała sfera kontaktu duchowofizycznego z ludźmi oraz rytuały i ceremonie. Przynależę do międzynarodowej wspólnoty określającej się jako uzdrowiciele świętej seksualności (sacred sexual healers). Są to ludzie wtajemniczeni w starożytne świątynne praktyki seksualne. Nie jest to żadna konkretna organizacja, ale raczej sieć powiązań. Spotykamy się na zgromadzeniach takich jak coroczne konferencje Seksualność i Świadomość, festiwalach tantrycznych czy prywatnych imprezach. Wspieramy się, razem rozwijamy i kontaktujemy się ze sobą na co dzień przez internet. Są wśród nas także edukatorzy seksualni, taoiści podążający za naukami przywiezionymi na Zachód przez Mantaka Chia, przewodnicy świadomości. Moi przyjaciele głównie pochodzą z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Australii oraz kilka z Niemiec i Czech. Praktyki, w których uczestniczyłam poza Polską niewiele mają wspólnego z grzecznością, bardziej z bezgrzesznością i bezwstydną eksploracją wrodzonej niewinności. To co przeze mnie płynie i co wnoszę do tutejszej społeczności, to ceremonialno-rytualny aspekt tantry. Właśnie wystartowałam z cyklem prywatnych nocnych party, gdzie można swobodnie i bezpiecznie eksplorować swoją zmysłowość, tajemniczość i czuć się dobrze w swoim ciele, odnajdując w nim duchowość, tu na Ziemi bez odlotów i opuszczania ciała. Tak samo na sesjach prywatnych oferuję świątynne rytuały tantryczne jak i bardziej podstawowe praktyki. Bez względu na terapeutyczno-rozwojowy galenteryjny charakter, jak to nazwałeś, jest tam na pewno głębia poza słowami i transformacja. Cieszę się, że coraz więcej ludzi ma sposobność doświadczania praktyk wywodzących się z tantry.

Powiedz, gdzie, przy czym, w jakich momentach, ludzie biorący udział w warsztatach tantry, mają najwięcej oporów i muszą przekraczać ten swój opór? Gdzie leżą nasze "linie tabu"? Granice tego, co można, co nie można, co wypada/ nie wypada, co wstydliwe/jawne?

- To jest pytanie na osobny wywiad. Nasze zbiorowe ludzkie pole jest zanieczyszczone od tysiącleci śmieciami wstydu, separacji i odłączenia od jedności (grzechu), poczucia winy i nieadekwatności, cielesnej ułomności i brudu, wyższości ducha nad ciałem, lęku i gwałtu. Wyjątkowo w Polsce mocno to czuję. I szczególnie mocno dotyczy to kobiet. Opór przed nagością, wstydzenie się swojego ciała, traumy i nadużycia o podłożu seksualnym od wielu pokoleń wstecz. Kościół katolicki przyłożył się do obecnego stanu w znaczący sposób, zarówno jako światowa instytucja jak i jego polska zaściankowość. Dla mnie to ma niewiele wspólnego z naukami Jezusa, ale to też temat na oddzielną dyskusję, jak Jezus widział kobiety, związki i seksualność. Ciekawe dla mnie jest to, jak siebie postrzegamy i swoją seksualność. Co jest jeszcze w normie, a co nie i kto to ustala. Ja mam w sobie ducha rebeliantki, więc podążam pod prąd, zwyczajowo, do Źródła, odkrywając po drodze prawdziwą naturę wszechrzeczy. Moim marzeniem i ścieżką na teraz jest dzielenie się tym, inspirując - tchnąć Ducha w ciało. Ciało, które na tyle stuleci porzuciliśmy i opuściliśmy, albo zwracając się do materialnego świata zewnętrznego albo w tzw. ...wyższe" bezcielesne wymiary duchowe. Niebo jest na Ziemi. Ciało jest naszą najbliższą świątynią i nie potrzebujemy pośredników w kontakcie z Duchem w nim zawartym.

Proponuje na to popatrzyć inaczej. Jeśli ja lub jakakolwiek osoba, która stoi przed wyborem, czy ma wziąć udział w jakichś niekonwencjonalnych praktykach - niech to będzie np. wspólne wejście nago do łaźni (sauny, szałasu potu), poznawanie dotykiem szkieletu drugiej osoby, mówienie komuś niezaprzyjaźnionemu komplementów... - to ja (lub ktokolwiek) nie będę przecież myślał: oto ciąży na mnie dziedzictwo pokoleń Polaków katolików, którzy się nie rozbierali, nie dotykali, nie komplementowali... ksiądz zabrania, grzech, do piekła pójdę. Jak ktoś wierzy w księdza i piekło, to nie jedzie na warsztaty tantry, prawda? Ale mimo to jest tak, że ludzie którzy już jakoś weszli w praktyki rozwojowe, nadal odczuwają wstyd i blokady. Pytam o to, gdzie, w którym momencie ludzie czują opory i blokady? Jak to widzisz na podstawie swoich doświadczeń jako prowadzącej, jako trenerki? Gdzie są progi, które trzeba przekroczyć, żeby dojść do pełnego wyzwolenia? Na czym te progi polegają? (Ja to widzę tak, że to są progi w sensie POP, w sensie Mindella: to są takie krawędzie-urwiska, edges, za którymi nie wiadomo co jest, i to budzi lęk.)

- Wstyd i blokady oraz ich korzenie są często niedostępne naszej świadomości, zapisane w naszym fizycznym ciele oraz naszym polu energetycznym. Nie musimy być ich świadomi, aby sabotowały nasze życie, marzenia i działania. Nie jestem ani trenerką, nie trenuję nikogo, ani także (psycho)terapeutką. Nie prowadzę ani warsztatów tantry ani nie korzystam świadomie z dorobku POP, więc nie dam ci odpowiedzi, jakiej szukasz. Jestem rzeźbiarką, wydobywam jak Michał Anioł z kamienia zachwycającą rzeźbę, która tam jest i zawsze była. Widzę to światło przebijające się, czasem z trudem, przez warstwy szlamu. Jestem jedynie zwierciadłem, pokazuję co widzę, łagodnie pomagając obmywać obcy narost. Nic nam nie dolega, nie musimy się ciągle poprawiać i ulepszać. Największym wyzwaniem jest zobaczyć w sobie piękno w tym miejscu obecnie, w którym jestem. To jest najpotężniejszy próg. Przyjąć siebie ze swoimi słabościami, ułomnościami, swoją niedoskonałością. Zobaczyć i pogodzić w sobie człowieczą małość, marność i wielką podatność na zranienie z wielką siłą jaka nas wypełnia i którą tak naprawdę jesteśmy.

Wspominasz o ceremoniach i świątyniach. W którymś innym tekście nazywasz siebie kapłanką. Gdzie są świątynie i kapłani lub kapłanki, tam jest religia. Czym jest ta religia, w której uczestniczysz i którą propagujesz?

- Nie powiedziałabym, że coś propaguję. Może inspiruję, tchnę ducha w materię. Kapłaństwo dla mnie to służba. Jestem w służbie Esencji Kobiecej, która na przestrzeni wieków przybierała różne formy: Wielkiej Bogini, Izis, Sekhmet, Czarnej Madonny... Teraz przyszedł czas przywrócenia kobiecego pierwiastka stworzenia na ołtarze do sfery sacrum, gdzie jego równorzędne miejsce wraz z pierwiastkiem męskim. Ciało jako świątynia ducha, to esencja tej filozofii. Ciało, które ze swojej natury jest czyste, bezgrzeszne i nieskalane. Wszystkie ciała, nie tylko Matki Boskiej, jak głosi doktryny kościoła katolickiego. Ze swojej natury jesteśmy niewinnymi istotami seksualnymi. Odwracanie uwagi od tej prawdy jest formą manipulacji i trzymania ludzi w jarzmie i wewnętrznym niewolnictwie. Człowiek wewnętrznie wolny jest poza kontrolą i systemem. Przyszedł czas, aby kto jest gotowy, z pomocą odłączył się od matriksa-systemu i zaczął żyć swoim życiem według wewnętrznego przewodnictwa.

Czym się różni seks święty od nieświętego? Co się musi takiego zdarzyć, żeby "momenty" w których pewna grupa ludzi (albo dwoje, albo jedna osoba...) odczuwa seksualne podniecenie i idzie za nim - były przeżywane jak "święte"?

- Różnica leży w świadomości. Wszystko wokół nas i w nas jest święte. W prawdziwej naturze świata nie ma podziału na sacrum i profanum. To my, nasz umysł wykreował ten podział, aby życie było fascynującą przygodą powrotu do stanu jedności. To jak pies kręcący się w kółko za swoim ogonem nieświadomy, że goni swój własny ogon. Pytanie brzmi czy to widzimy? Święty seks dla mnie to, to samo co święte życie. Uważne i świadome. Proste. Widzące wokół tą samą esencję, która nas ukształtowała, którą jesteśmy.

A praktyczniej... To przede wszystkim Obecność, bycie całkowicie w akcie w kontakcie ze sobą i inną osobą. Zadanie sobie na początku pytania czy naprawdę chcę zbliżyć się intymnie. Czy słyszę ...tak" na wszystkich poziomach: ciała-obszary intymne (pożądanie)/ brzucha (emocje)/ serca (duch)/ umysłu (wolna wola i rozum). W ten sposób nie nadużywam siebie ani innych. Często chodzimy ze sobą do łóżka nieświadomie kierowani przeróżnymi potrzebami, co skutkuje ...kacem" dnia następnego. To także bycie w ciele. Jeżeli nie czuję swojego ciała czy jakiś jego części, najczęściej intymnych, to czego oczekuję? To bycie ze sobą bez planu, bez agendy, bez realizowania celu, jakim najczęściej bywa szczytowanie. Pozwalać, aby chwila sama rozwijała się, dać się nią zaskoczyć. I mieć zgodę na powiedzenie w każdej chwili stop. Dla mnie najskrytsza świętość seksu polega na rozpoznaniu w sobie i drugiej osobie boskiego pierwiastka, świętej zasady męskiej i świętej zasady żeńskiej, w tantrze zwanym Śivą i Śakti. Zobaczenie, że jesteśmy każdy z osobna Całością, która w tym świętym akcie łączy się na powrót ze sobą i przegląda w sobie jak w lustrze i rozpoznaje, wraca do Domu, do Źródła. Tego można doświadczyć w pojedynkę, w akcie samomiłości, lub w parze lub w większych konfiguracjach. Tak naprawdę to nie ma znaczenia. Zostaliśmy jednak uformowani wizją Adama i Ewy jako oddzielnych jednostek i poszukujemy wciąż drugiej połówki. Nie ma połówek. Są tylko całości, które są Całością.

Prócz wdrukowanych lęków i wstydów, myślę, że jest jeszcze jedna przyczyna, ze ludzie mają opory przed seksualnym odhamowaniem. To jest obawa przed nadużyciem. W stanie erotycznej otwartości jest się podatnym na zranienie. Łatwo zostać nadużytym. Jak Ty to widzisz?

- Wojtku antycypowałam Twoje następne pytanie i zaczęłam na nie odpowiadać w poprzednim. To jest właśnie pozwolić prowadzić się chwili. Tak, nadużycia to przepastny obszar zagadnień. Każdy z nas nosi w sobie bagaż nadużyć seksualnych, czy to fizycznych czy werbalnych czy emocjonalnych. Jeżeli jesteśmy nielicznymi na tej Ziemi szczęściarzami, co nie dostali nawet klapsa w pupę, to mamy w naszym DNA i naszych ciałach fizyczno-energetycznych całe pokłady nadużyć naszych przodków. Jak mamy zatem być szczęśliwymi i spełnionymi istotami, jak to nas ogranicza w czerpaniu radości z naszego życia intymnego? Jak mamy czuć się prawdziwie wolni? Nie ma dla mnie innej drogi jak zmierzyć się z tym. Jest wiele sposobów, wiele terapii i pomocy od terapii werbalnych poprzez uwalnianie emocji swoich i przodków, po pracę z ciałem. One są bardzo ważne, aby je przejść.

Jeżeli chcemy prawdziwie być wolni pozostaje oczyszczenie i uwolnienie naszych obszarów intymnych z tych złogów i blokad. To, co proponuję, to rytuał świątynny zwany uzdrawianiem świętego miejsca (sacred spot ritual). Obok rytuału Świętej Unii jest to najpotężniejsza uzdrawiająca praktyka seksualna. Służy do uwalniania traum i zastałych głęboko emocji (także tych przekazanych od przodków), uwalniania potencjału, osiąganiu wyższych stanów świadomości, budzenia swojej wewnętrznej Bogini lub Boga, odczuwania większej rozkoszy i przyjemności oraz wolności. Otwiera ciało, wypuszcza nagromadzony stres, umożliwiając energii życiowej lepszy przepływ. Więcej na ten temat można poczytać na mojej stronie.

Chciałabym dodać na koniec tego pytania, aby być bardzo uważnym na siebie i łagodnym w sferze seksualnej. Nie popychać się do niczego i traktować siebie z czułością. To jest niezwykle intymny obszar życia, w którym dodatkowo nosimy dużo obciążeń. Jednak możliwe jest ich puszczenie i cieszenie się każdą komórką ciała z życia, nawet w trudnych chwilach. Ta wolność wewnętrzna daje mi głębokie poczucie sensu i spełnienia.

Erotyczne otwarcie jest także stanem zmienionej świadomości. "Teraz" doświadczasz ekstazy, a potem "budzisz się", wracasz do codzienności, wtedy wraca poczucie winy. Jak z tym można dać sobie radę?

- Poczucie winy wraca? Trochę nie rozumiem o czym mówisz. Jeżeli u kogoś tak faktycznie bywa, to sygnał, że jest jakiś system przekonań, który podtrzymuje ten stan i warto się temu przyjrzeć. Generalnie rozumiem, że pytasz o stan wyjścia z ekstazy i zderzenia się z ziemią? Wyjścia z sacrum i wejścia w profanum? Jeżeli nadal rozdzielamy te strefy, a jak mówiłam wcześniej jest możliwość życia w jednym niepodzielnym stanie świadomości, to są techniki, aby to przejście było łagodne. Techniki fizyczno-energetyczne jak i duchowe. Warto po każdym nabudowaniu energii seksualnej nie rozładowywać jej na zewnątrz, ale pozwolić jej krążyć po ciele. Tu w sukurs przychodzą starożytne nauki Tao Seksualności i współcześnie Mantak Chia. Na koniec zbieramy całą energię w naszym Tan Tien pod pępkiem, która służy nam na co dzień i nas zasila. Mogłabym o tym dużo mówić.

Wracając do rdzenia pytania, jeżeli u kogoś przychodzi poczucie winy po zjednoczeniu z esencją wszechrzeczy, po orgiastycznym stanie bycia, to mi się włącza czerwona syrena. Jak to możliwe, że jesteśmy tak skrzywdzeni i zranieni czy złamani, aby po zobaczeniu i poczuciu siebie w Prawdzie, czuć się tego niegodnym?! Kto i po co wmówił nam jako ludzkości takie kłamstwa? A może sami to sobie zrobiliśmy? Czas zobaczyć Prawdę i przyjąć siebie w swoim świetle. To jest czas wyzwolenia z ułudy.

Wrócę do tamtych wdruków. Chrześcijaństwo seks wyklęło, kazało się nim brzydzić. Ale buddyzm i sam Budda Śakjamuni też mieli negatywny stosunek do seksu. Budda i jego zwolennicy uważali seks za jedną z głównych sił przykuwających ludzi do więzów samsary. Uważali za coś, co trzeba odrzucić, bo bez tego praktyka ku wyzwoleniu, ku nirwanie, będzie bezskuteczna. Różnica między chrześcijaństwem a buddyzmem była taka, ze chrześcijaństwo miało być religią dla wszystkich, więc każdy musiał się seksem w jakimś stopniu brzydzić. Buddyzm nie był kierowany do wszystkich, a tylko do wybranych, którzy dojrzeli do tego, żeby wejść na ścieżkę - i ci arhatowie mieli seks odrzucić. Niepraktykujący wyzwolenia byli traktowani z wyrozumiałością i współczuciem: no trudno, niech zażywają seksu, skoro muszą. W tym momencie pytanie do Ciebie: jak Ty (i Twoja szkoła!) to widzisz? Czy praktyki z zaangażowaniem uczuć seksualnych faktycznie mogą być pomocą w drodze do oświecenia, do wysokich stanów umysłu? Dopuszczam możliwość, że jest w tym coś, o czym nie wiem?

- Moja szkoła? Moją szkołą jest nasza wspólny uniwersytet, życie... Tak, ciekawy wątek poruszasz. Dziękuję za to pytanie. Chodzi o przekroczenie seksu. Porzucenie przywiązania do niego i jego ekstatycznych stanów świadomości. Jednakże my obecnie jesteśmy na etapie, aby go w ogóle przyjąć wraz ze swoją ekstazą po tysiącleciach wyparcia i odrzucenia. Gdy będziemy doświadczać go w swojej pełni, to możemy go przekroczyć i pójść dalej. Zatoczymy koło. Będziemy nie potrzebowali seksu, bo całe życie będzie dla nas seksem

Im dalej w las tym więcej drzew. W praktykach tantrycznych z zaangażowaniem seksu korzystamy z pewnych sił natury. Z instynktów, które mamy w ciele i w genach. (Pisałem kiedyś o tym w tekście "Sex & Drugs & Violence czyli lęk przed Oświeceniem".) Ale geny wprawiły w nas instynkt seksu po to, żeby się przez nas rozmnażać, a nie po to, żebyśmy osiągnęli duchowe wyzwolenie. Więc ktoś, kto praktykuje tantrę lub np. magię seksualną, musi jednak instynkty powściągać, kierować nimi. Musi robić coś przeciw naturze - bo natura by chciała, żeby jak najszybciej wypuścić te plemniki, zapłodnić jajo, urodzić nowego Homo sapiens. Więc nie można tu iść na "pełną swobodę". Im większe napięcie emocji, tym większa dyscyplina... Rygory... Rytuały... Jak Ty to widzisz? Co wiesz o tym?

- Pojawia mi się pytanie, co to znaczy ...pełna swoboda"? Energia seksualna jest potężna siłą stwórczą. To wielki dziki galopujący rumak, którego trzeba nauczyć się ujeżdżać. Inaczej pogna, gdzie będzie chciał, na skraj przepaści także. Bo jemu nic nie straszne, śmierć także, jest jej innym obliczem. Zapuszczenie się w leśne odstępy seksualnego Olimpu to śmierć. Śmierć ego. Nie ma nas. Jest tylko Byt. Dlatego często po unii, odcinamy się, zapalamy papierosa, idziemy do toalety, jemy coś itp., aby powrócić do naszej tożsamości jednostkowej. To może być przerażające czuć, że cię nie ma. Tylko kto wtedy to czuje? Rumakiem kieruje świadomość i jasny jak brzytwa umysł. To stan ekstremalnego skupienia w jednoczesnym rozluźnieniu i zjednoczeniu, to samadhi. Ciało przyjmuje komendy, wolę, od umysłu. Ale także nasze samopoczucie i myśli zależą od stanu ciała. To zamknięty obieg. Właściwe słowo byłoby ciałoumysł. I szukanie co jest nadrzędne, czy popęd ciała ze swoją chęcią podtrzymywania gatunku czy świadomość, która nas wypełnia, nie rozwiązuje chyba istotnych dla nas kwestii.

Wydaje mi się, że zaczynam rozumieć, o co chodzi z tą Religią Esencji Kobiecej, o której wspomniałaś. Zmyliło mnie to, że miałem wyobrażenie, że religia musi być "dla wszystkich", musi być powszechna i że trzeba ją "głosić". Teraz widzę, że "twoja" religia jest dla nielicznych wybranych i nie miałoby sensu jej upowszechniać! To jest - czy dobrze myślę - raczej elita, bardziej "zakon" niż religia, tak jak zakonem był The Hermetic Order of the Golden Dawn. Zakon kapłanek i kapłanów Tantrycznego Oświecenia. I niektórzy z was i niekiedy, dla niektórych, tych mniej wtajemniczonych, możecie robić coś dobrego, co im pomoże, nauczy żyć lepiej. Czy dobrze odgadłem, czy fantazjuję?

- Wręcz przeciwnie Wojtku. To co przeze mnie przepływa nie jest dla wybranych. Niektóre praktyki owszem. Ale podstawowa filozofia jest masowa. Ciało naszą świątynią. Nie budujmy kolejnych świątyń, w których będziemy szukać na zewnątrz boga czy źródła stworzenia. Zwróć uwagę do wewnątrz. Pozwól, że Cię poprowadzę. Przypomnij sobie, że Twoje ciało jest niewinne i bezgrzeszne, a Ty jesteś z natury seksualną istotą. Tak tu przyszliśmy wszyscy, przez ten sam portal i z tego samego Źródła i przez tą samą Siłę. Nie mylmy seksu z energią seksualną i seksualnością. Seks jest jedynie jednym z wielu jej twarzy. Ciesz się swoim ciałem i swoim życiem. Zobacz, że jest z gruntu dobre. Zobacz, że przez nie masz bezpośredni kontakt ze Stworzeniem. Proste i klarowne. Wszyscy jesteśmy zanurzeni w bezwarunkowej Miłości. Matka nam teraz tylko o tym przypomina.

Dziękuję i przesyłam Ci dobrą energię od siebie i czytelników Taraki!

pytał: Wojciech Jóźwiak
odpowiadała: Estera Saraswati
17 grudnia 2010
Zamieszczono za zgodą Wydawcy Taraki
 

Sprawdź inne wywiady >>

 

 

Newsletter
Kontakt
 
Estera Saraswati
 
Zenon Dechen Dorje
tel. +48 735 979 202